Kiedy mówię ludziom, że pracuję jako broker jachtowy w Monaco, zazwyczaj widzę jeden z dwóch reakcji: albo rozmarzony wzrok ("ale masz fajne życie!"), albo sceptyczny uśmiech ("czyli jesteś sprzedawcą łódek"). Obie reakcje mijają się z prawdą.
Po ponad 20 latach w tej branży — z Monaco, Cannes, Antibes i Warszawy — chcę opowiedzieć, jak naprawdę wygląda ta praca. Bez Instagram-filtra i bez fałszywej skromności.
Monaco: biuro z widokiem na Port Hercule
Tak, Monaco jest piękne. Port Hercule o świcie, kiedy cumują tam jachty warte setki milionów euro, robi wrażenie nawet po latach. Superjacht wyglądający jak hotel — z basenem na pokładzie, helikopterem i załogą kilkudziesięciu osób — to coś, do czego człowiek przyzwyczaja się bardzo powoli.
Ale Monaco to też jedno z najbardziej wymagających miejsc do prowadzenia biznesu na świecie. Koncentracja kapitału jest tu niewyobrażalna — co drugi człowiek na nabrzeżu jest właścicielem czegoś wartego więcej niż przeciętny dom w Polsce. To oznacza, że konkurencja o każdego klienta jest ostra. Każdy błąd — opóźniona oferta, zły dobór jachtu, nieznajomość rynku — jest zauważany i zapamiętywany.
Czym naprawdę zajmuje się broker jachtowy?
Większość ludzi myśli, że brokerzy jachtowi spędzają czas na koktajlach i rejsach. To mit.
Dobry broker to część doradca inwestycyjny, część prawnik, część mechanik okrętowy, część negocjator i część psycholog. W ciągu jednego tygodnia mogę przeprowadzić inspekcję techniczną jachtu w Antibes, negocjować warunki umowy kupna-sprzedaży z prawnikami w Londynie, doradzać klientowi w sprawie struktury VAT na Malcie i tłumaczyć polskiemu przedsiębiorcy, dlaczego jacht za 2 miliony euro wymaga jeszcze 300 tysięcy euro nakładów rocznie.
"To praca wiedzy, nie wyglądu. Jeśli nie znasz rynku głębiej niż klient — nie masz mu nic do zaoferowania."
Klient w świecie superjachtów
Moi klienci to zazwyczaj ludzie, którzy sami zbudowali swój majątek. Przedsiębiorcy, inwestorzy, osoby z branży technologicznej lub nieruchomości. Rzadko kiedy ktoś z arystokratycznym nazwiskiem — częściej ktoś z pierwszym pokoleniem dużego kapitału, kto chce zrozumieć, co kupuje.
Tacy klienci nie potrzebują sprzedawcy. Potrzebują kogoś, kto powie im prawdę — że wybrany przez nich jacht ma problem z silnikiem, że cena jest zawyżona o 15%, że konfiguracja kabiny jest nieoptymalna dla ich stylu rejsowania. Jeśli powiesz prawdę, masz klienta na lata. Jeśli powiesz to, co chcą usłyszeć, masz go raz.
Superjachty: rynek, którego nie widzisz w mediach
W 2025 i 2026 roku rynek jachtów motorowych w segmencie 15–40 metrów jest w fazie redystrybucji. Popyt pocovidowy opadł, ceny używanych jachtów spadły w wielu segmentach o 15–25% w stosunku do szczytów z 2021–2022. To paradoksalnie dobry moment dla kupujących — przy umiejętnym negocjowaniu i właściwym wyborze można zdobyć jacht za znacznie poniżej jego wartości odtworzeniowej.
Ale rynek nie wybacza braku wiedzy. Kupujący bez doświadczenia, bez survey'a technicznego i bez zrozumienia struktury kosztów OPEX regularnie popełniają błędy za kilkaset tysięcy euro.
Dlaczego Monaco?
Monaco to nie tylko prestiż. To koncentracja najważniejszych transakcji w branży, obecność największych armatorów i shipyardów, dostęp do siatki kontaktów, która w tym biznesie jest wszystkim. Cannes Yachting Festival każdego września, Monaco Yacht Show w październiku — to miejsca, gdzie rynek robi swoje transakcje.
Po ponad 20 latach w tej branży wiem jedno: superjachty to nie zabawki dla bogatych. To złożone aktywa wymagające wiedzy, zarządzania i strategii. Moja praca polega na tym, żeby moi klienci wiedzieli, co kupują — i żeby robili to dobrze.